"Kamilu... a czemu Ty palisz papierosy? Za dobrze Ci się żyje? "
Jakoś tak mi to bardziej otworzyło oczy i teraz dostrzegłem to wielowymiarowo...
sobota, 31 lipca 2010
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Umysły przybite do trumien
Ostatnio dużo sobie latam, dużo zwiedzam i dużo obmyślam. O kwestię tego, kto nami steruje i po co. Po co zostaliśmy nauczeni życia w takiej a nie innej rzeczywistości ? Czy sami sie tego nauczylismy czy zmuszono nas byśmy sie tego nauczyli. I tak wywnioskowało mi się, że z naszą wolną wolą nie ma to absolutnie nic wspólnego. Nie chodzi już tu o to jak wolność słowa i wolność podejmowania decyzji. Nie chodzi tu o to co nam wydaje się być "ludzkim" życiem. Chodzi tu o to co jest ponad tym. W sumie to chodzi o to co kieruje naszą podświadomością i dlaczego nie mamy nad nią kontroli wedle własnej woli? Dlaczego nie możemy zapalić światła siłą woli mimo, że możemy to zrobić wolą mięśni? Dlaczego nie możemy czuć emocji innych ludzi tylko mieć wyobrazenie tego co oni czują? Dlaczego nie możemy słyszeć mysli innych ludzi? Dlaczego wydaje nam się, że tego nie możemy?
Mamy pokazane jak żyć, mamy powiedziane co robić, mamy zapewniony byt i opiekę innych... ale co jeśli to tylko iluzja? Co jesli to tylko nasze przyzwyczajenia umysłów do myślenia tego co inni chą byśmy myśleli?
Ostatnio dużo sobie latam, dużo zwiedzam i dużo obmyślam. O kwestię tego, kto nami steruje i po co. Po co zostaliśmy nauczeni życia w takiej a nie innej rzeczywistości ? Czy sami sie tego nauczylismy czy zmuszono nas byśmy sie tego nauczyli. I tak wywnioskowało mi się, że z naszą wolną wolą nie ma to absolutnie nic wspólnego. Nie chodzi już tu o to jak wolność słowa i wolność podejmowania decyzji. Nie chodzi tu o to co nam wydaje się być "ludzkim" życiem. Chodzi tu o to co jest ponad tym. W sumie to chodzi o to co kieruje naszą podświadomością i dlaczego nie mamy nad nią kontroli wedle własnej woli? Dlaczego nie możemy zapalić światła siłą woli mimo, że możemy to zrobić wolą mięśni? Dlaczego nie możemy czuć emocji innych ludzi tylko mieć wyobrazenie tego co oni czują? Dlaczego nie możemy słyszeć mysli innych ludzi? Dlaczego wydaje nam się, że tego nie możemy?
Mamy pokazane jak żyć, mamy powiedziane co robić, mamy zapewniony byt i opiekę innych... ale co jeśli to tylko iluzja? Co jesli to tylko nasze przyzwyczajenia umysłów do myślenia tego co inni chą byśmy myśleli?
czwartek, 3 czerwca 2010
Permanentność chwili
Doznałem pewnego szoku. Szok był tak wielki że hej. W szok wpędziło mnie nieustanne doświadczanie wielowymiarowości życia. Świadomość i wola życia zaczęła rozwijać się na nieznane mi wcześniej płaszczyzny powszechnie zwane duchowością. Dlatego pisanie bloga na internecie teraz wydaje mi się tak mało znaczącym zajęciem, że jakoś nie chce mi się tego czynić. Zaobserwowałem jedno - siedzenie przed komputerem ogranicza. A ogranicza celowo, byśmy byli ograniczeni i nie widzieli nic spoza świata, do którego mamy być ograniczeni.
Doznałem pewnego szoku. Szok był tak wielki że hej. W szok wpędziło mnie nieustanne doświadczanie wielowymiarowości życia. Świadomość i wola życia zaczęła rozwijać się na nieznane mi wcześniej płaszczyzny powszechnie zwane duchowością. Dlatego pisanie bloga na internecie teraz wydaje mi się tak mało znaczącym zajęciem, że jakoś nie chce mi się tego czynić. Zaobserwowałem jedno - siedzenie przed komputerem ogranicza. A ogranicza celowo, byśmy byli ograniczeni i nie widzieli nic spoza świata, do którego mamy być ograniczeni.
czwartek, 11 marca 2010
Dzień Prawdy Ostatecznej
Dzisiaj jak zwykle wieczorem, w czasie wolnym od pracy i wszelkich zajęć, przeznaczonym całkowicie na odpoczynek lub hobby oddałem się memu ulubionemu zajęciu jakim są oczywiście podróże w odległe wymiary. Może to i nie brzmi całkowicie normalnie, wielu osobom wydawać się będę coraz bardziej popierdolony... ale co mnie to obchodzi...
Spokojnie i delikatnie wszedłem sobie w czwarty wymiar - teren dobrze mi znany i niczym szczególnie nie zaskakujący znienacka. Stałem sobie w tym samym miejscu co zawsze gdy tam wchodzę. Od razu podleciał do mnie ten Ktoś co mnie wcześniej zignorował i zaczął rozmowę:
On: Wybacz, że ostatnio cię zignorowałem, ale nie wzbudzacie we mnie jako istoty żadnej sympatii !
Ja: A czemuż to?
On: No właśnie najśmieszniejsze jest to, że wy niczego świadomi nie jesteście.
w jednej chwili do mojego mózgu została wysłana potężna dawka energii, która rozjaśniła mi wszystko niesamowicie jasnym obrazem. a wyglądał on tak raczej w formie długiego filmu pokazanego ze zrozumieniem i wszystkimi dialogami w ciągu ułamka sekundy. To co widziałem zwaliło mnie prawie z nóg. Nas ludzi nikt nie lubi. Nie lubi nas ziemia, nie lubią nas zwierzęta, nie lubią nas rośliny, nie lubi nas każdy wyższy wymiar. Jesteśmy jak szkodniki z którymi wszyscy na około walczą by wytępić... a my się nie dajemy i rozmnażając siejemy zniszczenie i spustoszenie wszędzie tam gdzie się pojawiamy. Walczą z nami, ale jesteśmy bardzo cwani i sprytni w naszej głupocie - stawiamy czynny opór. Naszym największym zagrożeniem i przeciwnikiem na ziemi są Drzewa. Ale z braku mobilności ze swojej strony przegrywają z nami. Kosimy je w pień. Ale One tez mają swoją siłę - potrafią manipulować naszymi myślami. Tak byśmy byli wiecznie rozgniewani i źli byśmy sami się pozabijali.
Ale mimo tego i tak nie mają z nami szans. powycinamy je wszystkie. zniszczymy wszystko co żyje, potem zniszczymy planetę, która dała nam życie, przeniesiemy się w kosmos by niszczyć go dalej, a potem zniszczymy wszystkie wymiary... taka już nasza natura. I dlatego nas nie lubią... ot cała prawda jakiej doznałem.
Głupio mi się zrobiło i z niechęcią do samego siebie, wróciłem do swojej rzeczywistości
Dzisiaj jak zwykle wieczorem, w czasie wolnym od pracy i wszelkich zajęć, przeznaczonym całkowicie na odpoczynek lub hobby oddałem się memu ulubionemu zajęciu jakim są oczywiście podróże w odległe wymiary. Może to i nie brzmi całkowicie normalnie, wielu osobom wydawać się będę coraz bardziej popierdolony... ale co mnie to obchodzi...
Spokojnie i delikatnie wszedłem sobie w czwarty wymiar - teren dobrze mi znany i niczym szczególnie nie zaskakujący znienacka. Stałem sobie w tym samym miejscu co zawsze gdy tam wchodzę. Od razu podleciał do mnie ten Ktoś co mnie wcześniej zignorował i zaczął rozmowę:
On: Wybacz, że ostatnio cię zignorowałem, ale nie wzbudzacie we mnie jako istoty żadnej sympatii !
Ja: A czemuż to?
On: No właśnie najśmieszniejsze jest to, że wy niczego świadomi nie jesteście.
w jednej chwili do mojego mózgu została wysłana potężna dawka energii, która rozjaśniła mi wszystko niesamowicie jasnym obrazem. a wyglądał on tak raczej w formie długiego filmu pokazanego ze zrozumieniem i wszystkimi dialogami w ciągu ułamka sekundy. To co widziałem zwaliło mnie prawie z nóg. Nas ludzi nikt nie lubi. Nie lubi nas ziemia, nie lubią nas zwierzęta, nie lubią nas rośliny, nie lubi nas każdy wyższy wymiar. Jesteśmy jak szkodniki z którymi wszyscy na około walczą by wytępić... a my się nie dajemy i rozmnażając siejemy zniszczenie i spustoszenie wszędzie tam gdzie się pojawiamy. Walczą z nami, ale jesteśmy bardzo cwani i sprytni w naszej głupocie - stawiamy czynny opór. Naszym największym zagrożeniem i przeciwnikiem na ziemi są Drzewa. Ale z braku mobilności ze swojej strony przegrywają z nami. Kosimy je w pień. Ale One tez mają swoją siłę - potrafią manipulować naszymi myślami. Tak byśmy byli wiecznie rozgniewani i źli byśmy sami się pozabijali.
Ale mimo tego i tak nie mają z nami szans. powycinamy je wszystkie. zniszczymy wszystko co żyje, potem zniszczymy planetę, która dała nam życie, przeniesiemy się w kosmos by niszczyć go dalej, a potem zniszczymy wszystkie wymiary... taka już nasza natura. I dlatego nas nie lubią... ot cała prawda jakiej doznałem.
Głupio mi się zrobiło i z niechęcią do samego siebie, wróciłem do swojej rzeczywistości
wtorek, 9 marca 2010
Człowieku !!!
Ty zawsze masz taką tendencję do przybliżania. Żeby zobaczyć coś co jest małe i blisko to musisz przybliżyć. Żeby zobaczyć coś co jest wielkie i daleko to też musisz przybliżyć. A zastanawiałeś się co byś zobaczył jak byś oddalił? Oddal się na kilka milionów razy od siebie i spróbuj opisać co widzisz. Bo to jest tak, że zawsze wszystko sprowadzasz do siebie, a spróbuj chociaż raz zobaczyć się z innej perspektywy. Takiej odległej. Np z takiej z jakiej oglądasz gwiazdy. Zastanawiałeś się kiedyś, patrząc nocą w gwiazdy, czy istnieje gdzieś tam druga tak popierdolona planeta w kosmosie jak nasza? Czy lata sobie gdzieś tam wiele wiele milionów kilometrów od ciebie inny kawałek skały na której mieszkają ludzie co też się napierdalają miedzy sobą i wszystko dookoła psują?
Ja dzisiaj widziałem naszą planetę z księżyca... i to już na mnie zrobiło takie wrażenie. Jak to możliwe, że mieszkamy, kurwa mać, razem na jakimś pustkowiu i się nienawidzimy, mordujemy i stwarzamy sobie problemy? Przecież te problemy istnieją tylko i wyłącznie na naszej planecie. nigdzie więcej nie ma ich w całym kosmosie. Czy wy nie możecie się zacząć dogadywać?
Ty zawsze masz taką tendencję do przybliżania. Żeby zobaczyć coś co jest małe i blisko to musisz przybliżyć. Żeby zobaczyć coś co jest wielkie i daleko to też musisz przybliżyć. A zastanawiałeś się co byś zobaczył jak byś oddalił? Oddal się na kilka milionów razy od siebie i spróbuj opisać co widzisz. Bo to jest tak, że zawsze wszystko sprowadzasz do siebie, a spróbuj chociaż raz zobaczyć się z innej perspektywy. Takiej odległej. Np z takiej z jakiej oglądasz gwiazdy. Zastanawiałeś się kiedyś, patrząc nocą w gwiazdy, czy istnieje gdzieś tam druga tak popierdolona planeta w kosmosie jak nasza? Czy lata sobie gdzieś tam wiele wiele milionów kilometrów od ciebie inny kawałek skały na której mieszkają ludzie co też się napierdalają miedzy sobą i wszystko dookoła psują?
Ja dzisiaj widziałem naszą planetę z księżyca... i to już na mnie zrobiło takie wrażenie. Jak to możliwe, że mieszkamy, kurwa mać, razem na jakimś pustkowiu i się nienawidzimy, mordujemy i stwarzamy sobie problemy? Przecież te problemy istnieją tylko i wyłącznie na naszej planecie. nigdzie więcej nie ma ich w całym kosmosie. Czy wy nie możecie się zacząć dogadywać?
poniedziałek, 8 marca 2010
Matka Boska Gietrzwałdzka
Swego czasu jak stanąłem ponownie na pograniczu dwóch światów na chwilę zatrzymałem się i skupiłem na tym co mnie otacza. Otaczała mnie przestrzeń. Moja własna przestrzeń. Pokój uściślając jednym słowem. Ale obraz pokoju był mi znany, więc nie skupiłem się na nim. Skupiłem się na tym co było mi nieznane w nim. Nieznana była w nim energia... tzn kiedyś gdzieś ją czułem, ale nie za bardzo kojarzyłem kiedy i gdzie - bardzo podobne wrażenie do tego gdy się widzi czyjąś twarz i nie można sobie przypomnieć skąd zna się tę osobę. W pewnym momencie wszystko w około zniknęło. Każdy przedmiot, każda myśl, każda emocja, każdy atom. Znalazłem się w pustej przestrzeni... tak się wydawało na wstępie, ale po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że przestrzeń ta jest wypełniona błogostanem i bezpieczeństwem. A także zwariowanymi malutkimi schizami latającymi wkoło głowy nie stanowiącymi pojedynczo niczego konkretnego, a w całości stanowiły obraz całej sytuacji. Objawiła mi się tym oto sposobem Matka Boska Gietrzwałdzka. A skąd wiem? Bo się przedstawiła. Powiedziała, że niezależnie od tego czy wierzę czy nie, ale pod nią właśnie podlegam, gdyż to ona jest Strażnikiem na tym tym terenie na którym mieszkam od urodzenia. Jako że znała mnie całe życie to wiedziała o mnie wszystko - każdą tajemnicę, skrywany lęk, nieczystość mojego sumienia. Jednym słowem wiedziała o mnie wszystko. Nie chciała nic ode mnie. Jedynie się objawiła bym wiedział, że jest i bym nic już przed nią nie ukrywał. Przed nią i przed samym sobą. Powiedziała, że jestem za duży na takie zabawy w okłamywanie Matki, bo to i tak do niczego mnie nie zaprowadzi a wzbudzam w niej tylko brak zaufania. No i następnie rozwiała się wśród drzew, przywracając ściany i podłogę mojemu pokojowi wypełniając go ponownie gęstą materią.
Matka Boska Sząbrukowska
Następnego dnia miałem kolejne objawienie - tym razem była to Matka Boska Sząbrukowska. Nic nie mówiła, nie zabierała pomieszczeń, nie dawała żadnej oznaki świadczącej o jej Boskości, ale wystarczyło jedno spojrzenie prosto w oczy bym zrozumiał, że Ona jest tak samo Boska jak ta Gietrzwałdzka tylko bardziej nieśmiała. To był Dzień Kobiet, więc obdarowałem Ją kwiatem zesłanym mi przez Białowłosego Anioła. Spojrzała się w lekkim uśmiechu na mnie i spokojnym mrugnięciem oczu przesłała mi znak miłości wraz z podziękowaniami. Komunikacja myślami i emocjami jest znacznie potężniejsza i piękniejsza duchowo niż słowami... Szkoda że ludzie tak nie potrafią
Swego czasu jak stanąłem ponownie na pograniczu dwóch światów na chwilę zatrzymałem się i skupiłem na tym co mnie otacza. Otaczała mnie przestrzeń. Moja własna przestrzeń. Pokój uściślając jednym słowem. Ale obraz pokoju był mi znany, więc nie skupiłem się na nim. Skupiłem się na tym co było mi nieznane w nim. Nieznana była w nim energia... tzn kiedyś gdzieś ją czułem, ale nie za bardzo kojarzyłem kiedy i gdzie - bardzo podobne wrażenie do tego gdy się widzi czyjąś twarz i nie można sobie przypomnieć skąd zna się tę osobę. W pewnym momencie wszystko w około zniknęło. Każdy przedmiot, każda myśl, każda emocja, każdy atom. Znalazłem się w pustej przestrzeni... tak się wydawało na wstępie, ale po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że przestrzeń ta jest wypełniona błogostanem i bezpieczeństwem. A także zwariowanymi malutkimi schizami latającymi wkoło głowy nie stanowiącymi pojedynczo niczego konkretnego, a w całości stanowiły obraz całej sytuacji. Objawiła mi się tym oto sposobem Matka Boska Gietrzwałdzka. A skąd wiem? Bo się przedstawiła. Powiedziała, że niezależnie od tego czy wierzę czy nie, ale pod nią właśnie podlegam, gdyż to ona jest Strażnikiem na tym tym terenie na którym mieszkam od urodzenia. Jako że znała mnie całe życie to wiedziała o mnie wszystko - każdą tajemnicę, skrywany lęk, nieczystość mojego sumienia. Jednym słowem wiedziała o mnie wszystko. Nie chciała nic ode mnie. Jedynie się objawiła bym wiedział, że jest i bym nic już przed nią nie ukrywał. Przed nią i przed samym sobą. Powiedziała, że jestem za duży na takie zabawy w okłamywanie Matki, bo to i tak do niczego mnie nie zaprowadzi a wzbudzam w niej tylko brak zaufania. No i następnie rozwiała się wśród drzew, przywracając ściany i podłogę mojemu pokojowi wypełniając go ponownie gęstą materią.
Matka Boska Sząbrukowska
Następnego dnia miałem kolejne objawienie - tym razem była to Matka Boska Sząbrukowska. Nic nie mówiła, nie zabierała pomieszczeń, nie dawała żadnej oznaki świadczącej o jej Boskości, ale wystarczyło jedno spojrzenie prosto w oczy bym zrozumiał, że Ona jest tak samo Boska jak ta Gietrzwałdzka tylko bardziej nieśmiała. To był Dzień Kobiet, więc obdarowałem Ją kwiatem zesłanym mi przez Białowłosego Anioła. Spojrzała się w lekkim uśmiechu na mnie i spokojnym mrugnięciem oczu przesłała mi znak miłości wraz z podziękowaniami. Komunikacja myślami i emocjami jest znacznie potężniejsza i piękniejsza duchowo niż słowami... Szkoda że ludzie tak nie potrafią
niedziela, 7 marca 2010
Ojciec i Syn
Tak mnie zastanawia jedna rzecz i nie daje mi spokoju:
Dlaczego zabija się małe dzieci? Dlaczego bycie dzieckiem to coś strasznego i wstydliwego, a bycie dorosłym to niesamowity wyczyn, z którego można być dumnym? Przecież to dorośli popełniają najwięcej błędów, dorośli wszystko psują i wszystko niszczą - więc co jest fajnego w byciu dorosłym? Odpowiedzialność? Dziecko też może być odpowiedzialne - i zapewne lepiej mu to wyjdzie niż dorosłemu. Dlatego, że można mieć pieniądze? A co fajnego jest w pieniądzach i co one niby znaczą? Na dobrą sprawę to nawet nie istnieją - to tylko umowny środek płatniczy. Dzieci to rozumieją... dorośli nie. Tak mi się wydaje, że dzieci zabija się dlatego, że więcej rozumieją... a to by potem przeszkadza w dorosłym życiu. Bo jak inaczej wmówić dorosłemu, że musi poświecić cale swoje życie na zamartwianie się o wszystko na około, gdy w tym samym czasie dziecko by mu mówiło, że to nie prawda i że zamiast zamartwiania się, może robić co tylko dusza pragnie.
Jeśli Ojciec ma Syna to czemu tak się przyjęło, że syn musi iść w świat by przestać być dzieckiem i dorosnąć? Dlaczego Ojciec oddaje Syna pod opiekę obcych ludzi? Dlaczego Ojciec nie wie, że Syn jest przedłużeniem jego mądrości i świadomości ? Dlaczego Syn i Ojciec zazwyczaj są wrogo do siebie nastawieni zamiast miłować się w przyjaźni i zrozumieniu? Dlaczego Ojciec nie wychowa Syna tak jak sam chciał być wychowany będąc dzieckiem? Dlaczego ludzkie pragnienia są tak nietrwałe i tak kruche w czasie, że byle głupota potrafi je zniszczyć?
Tak mnie zastanawia jedna rzecz i nie daje mi spokoju:
Dlaczego zabija się małe dzieci? Dlaczego bycie dzieckiem to coś strasznego i wstydliwego, a bycie dorosłym to niesamowity wyczyn, z którego można być dumnym? Przecież to dorośli popełniają najwięcej błędów, dorośli wszystko psują i wszystko niszczą - więc co jest fajnego w byciu dorosłym? Odpowiedzialność? Dziecko też może być odpowiedzialne - i zapewne lepiej mu to wyjdzie niż dorosłemu. Dlatego, że można mieć pieniądze? A co fajnego jest w pieniądzach i co one niby znaczą? Na dobrą sprawę to nawet nie istnieją - to tylko umowny środek płatniczy. Dzieci to rozumieją... dorośli nie. Tak mi się wydaje, że dzieci zabija się dlatego, że więcej rozumieją... a to by potem przeszkadza w dorosłym życiu. Bo jak inaczej wmówić dorosłemu, że musi poświecić cale swoje życie na zamartwianie się o wszystko na około, gdy w tym samym czasie dziecko by mu mówiło, że to nie prawda i że zamiast zamartwiania się, może robić co tylko dusza pragnie.
Jeśli Ojciec ma Syna to czemu tak się przyjęło, że syn musi iść w świat by przestać być dzieckiem i dorosnąć? Dlaczego Ojciec oddaje Syna pod opiekę obcych ludzi? Dlaczego Ojciec nie wie, że Syn jest przedłużeniem jego mądrości i świadomości ? Dlaczego Syn i Ojciec zazwyczaj są wrogo do siebie nastawieni zamiast miłować się w przyjaźni i zrozumieniu? Dlaczego Ojciec nie wychowa Syna tak jak sam chciał być wychowany będąc dzieckiem? Dlaczego ludzkie pragnienia są tak nietrwałe i tak kruche w czasie, że byle głupota potrafi je zniszczyć?
czwartek, 4 marca 2010
Zaduma nad Światem
Tak mnie zastanowiło podkładając drzewo do pieca - dlaczego ludzie tak bardzo wstydzą się z innymi rozmawiać o tym co się dzieje u nich w głowach? Jak ktoś zapyta: Hej, co tam? To każdy odpowiada: A nic. jakoś tam leci. No ale o tym że coś go straszy w nocy to już nie powie. Albo że go prześladuje jakiś dziki zwierz, albo myśl. I się tępo w niego wpatruje nie dając żyć i normalnie funkcjonować, bo przeraża na tyle, że podejmowanie jakiekolwiek próby walki jest pozbawione sensu.
A przecież można było by powiedzieć: A wiesz - nie daje mi ostatnio spać taka jedna rzecz. Bo jak tylko zamykam oczy to mnie wciąga i maltretuje problemami. I nie wiem co robić... wiesz? I tak jakoś głupio z tym iść do lekarza, nie... Też tak masz?
I po co ludzie to przed sobą ukrywają? Przecież to widać od razu po oczach co kto ukrywa. A potem wszyscy się dodatkowo martwią "ojej... a co jak ktoś widział, że coś ukrywam?" I tak się sami wpędzają w błędne koło urojonego strachu, wprost do tej czarnej dziury problemów, która codziennie rozmiarów nabiera.
A wystarczy przecież dać na luz. Przystanąć na chwilę, odsapnąć przed ukrywaniem się, rozejrzeć i dostrzec, że nikt nic nie widział. Bo każdy jest skupiony na ukrywaniu swoich, pilnie strzeżonych dniami i nocami tajemnic i nikogo nie interesuje na dobrą sprawę co ukrywasz. Więc wychodzi na to, że jeśli coś ukrywasz to ukrywasz to tylko przed samym sobą. Bo inni tego nie widzą a Boga i tak nie oszukasz.
A zamiast ukrywać problemy najlepiej o nich porozmawiać.
- A wiesz... głupi byłem że się bałem potworów z szafy
- Ty to nic... ja to się boje, że mnie z pracy wywalą
- A tam...prace sobie możesz nową znaleźć, a mnie mogły zjeść.
- Nie wiem skąd wziął się we mnie ten lęk, wiesz? lubię swoją pracę. Uwielbiam ją. Kocham ją tak bardzo, że boję się, że mogę ją stracić.I nie mogę być przez to szczęśliwy.
- No właśnie. Ale zobacz na to z drugiej strony - jak byś był potworem i miał siedzieć w szafie to było by ci lepiej?
- No przecież wiesz że nie. No dobra... może trochę przewrażliwiony jestem.Ale dobrze że cie spotkałem - uspokoiłeś mnie.
- No a popatrz - jak się było dzieckiem to nie miało się takich problemów, nie? co to się porobiło nam w tych głowach, że wiecznie mamy pod górę wiedząc, że na dobrą sprawę nie musimy robić nic
- Jak to nic? ja muszę pracować
- No właśnie nie musisz. Pracujesz i jesteś nieszczęśliwy. Myślę, że jak przestaniesz pracować to zaczniesz być szczęśliwy.
- I co ja mam niby robić jak nie będę pracować?
- A nie wiem, będziesz wtedy szczęśliwy, więc rób co chcesz.
- A za co?
- Za darmo, człowieku!!! za darmo...
Myślę, że takie rozmowy były by lepsze niż "aaa. nic tam"
Tak mnie zastanowiło podkładając drzewo do pieca - dlaczego ludzie tak bardzo wstydzą się z innymi rozmawiać o tym co się dzieje u nich w głowach? Jak ktoś zapyta: Hej, co tam? To każdy odpowiada: A nic. jakoś tam leci. No ale o tym że coś go straszy w nocy to już nie powie. Albo że go prześladuje jakiś dziki zwierz, albo myśl. I się tępo w niego wpatruje nie dając żyć i normalnie funkcjonować, bo przeraża na tyle, że podejmowanie jakiekolwiek próby walki jest pozbawione sensu.
A przecież można było by powiedzieć: A wiesz - nie daje mi ostatnio spać taka jedna rzecz. Bo jak tylko zamykam oczy to mnie wciąga i maltretuje problemami. I nie wiem co robić... wiesz? I tak jakoś głupio z tym iść do lekarza, nie... Też tak masz?
I po co ludzie to przed sobą ukrywają? Przecież to widać od razu po oczach co kto ukrywa. A potem wszyscy się dodatkowo martwią "ojej... a co jak ktoś widział, że coś ukrywam?" I tak się sami wpędzają w błędne koło urojonego strachu, wprost do tej czarnej dziury problemów, która codziennie rozmiarów nabiera.
A wystarczy przecież dać na luz. Przystanąć na chwilę, odsapnąć przed ukrywaniem się, rozejrzeć i dostrzec, że nikt nic nie widział. Bo każdy jest skupiony na ukrywaniu swoich, pilnie strzeżonych dniami i nocami tajemnic i nikogo nie interesuje na dobrą sprawę co ukrywasz. Więc wychodzi na to, że jeśli coś ukrywasz to ukrywasz to tylko przed samym sobą. Bo inni tego nie widzą a Boga i tak nie oszukasz.
A zamiast ukrywać problemy najlepiej o nich porozmawiać.
- A wiesz... głupi byłem że się bałem potworów z szafy
- Ty to nic... ja to się boje, że mnie z pracy wywalą
- A tam...prace sobie możesz nową znaleźć, a mnie mogły zjeść.
- Nie wiem skąd wziął się we mnie ten lęk, wiesz? lubię swoją pracę. Uwielbiam ją. Kocham ją tak bardzo, że boję się, że mogę ją stracić.I nie mogę być przez to szczęśliwy.
- No właśnie. Ale zobacz na to z drugiej strony - jak byś był potworem i miał siedzieć w szafie to było by ci lepiej?
- No przecież wiesz że nie. No dobra... może trochę przewrażliwiony jestem.Ale dobrze że cie spotkałem - uspokoiłeś mnie.
- No a popatrz - jak się było dzieckiem to nie miało się takich problemów, nie? co to się porobiło nam w tych głowach, że wiecznie mamy pod górę wiedząc, że na dobrą sprawę nie musimy robić nic
- Jak to nic? ja muszę pracować
- No właśnie nie musisz. Pracujesz i jesteś nieszczęśliwy. Myślę, że jak przestaniesz pracować to zaczniesz być szczęśliwy.
- I co ja mam niby robić jak nie będę pracować?
- A nie wiem, będziesz wtedy szczęśliwy, więc rób co chcesz.
- A za co?
- Za darmo, człowieku!!! za darmo...
Myślę, że takie rozmowy były by lepsze niż "aaa. nic tam"
Wysokie Loty
Chcę coś opisać... tylko nie do końca wiem co. I nie do końca wiem jak to nazwać co opiszę. A było to tak:
Stałem na lewo od Wiru,lekko go odczuwałem, ale nie zwracałem na Niego uwagi. W oddali dawało słyszeć się jakieś rozmowy w myślowym szepcie. Po chwili stały się zwykłym tłem otoczenia. Pomyślałem, że chyba zaczynam się przystosowywać... jak wtem coś mnie pierdzielnęło w potylice! Ogromna fala Energii przeszła przez tył mojej głowy, wypełniając cały umysł oślepiająco jasnym światłem i piskiem w uszach a następnie wybiła mi oczami i uszami na zewnątrz. Zwaliło mnie to z nóg. Ostatkiem sił zdążyłem rzucić się bezwładnie na łózko. Wszystko w koło ucichło, zapanowała niesamowita cisza, a ciało zaczęło rozpływać się w nicości. Ciężko będzie w to większości uwierzyć, ale LATAŁEM!!! Mogę stanąć na dachu największego wieżowca i dumnie krzyczeć "ludzie, ja latam". Oczywiście nie jak Ptaki, bo Ptaki nie latają w czwartym wymiarze, ale jak fala radiowa na wietrze - rozchodzę się całym sobą nad wszystko co otaczam i wtedy mnie unosi jakaś niewidzialna siła. A jakie niesamowite przeżycia... lot odrzutowcem w porównaniu to pikuś.
No i tak latałem nad naszą czasoprzestrzenią, podziwiając z góry jak kształtnie zwija się do środka czterowymiarowej spirali Fibonacziego pulsując przy tym niczym tętnica przeogromnego tyranozaura. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę być aż tak malutki i nawet o tym nie wiedzieć. I w pewnym momencie poczułem jak coś mnie szarpnęło, zahaczyło i pociągnęło za sobą. Siła była niesamowita, cała przestrzeń mi zniknęła, światło zamieniło się w ciemność a ja wpadałem w głąb czarnej dziury jakiejś. Wystraszyłem się potwornie, bo nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że porwali mnie kosmici. Pokazywali mi straszne rzeczy. Robili mi pranie mózgu twierdząc, że całe moje życie jest totalnie bez sensu. Na skalę absolutu to co robię, myślę i czuję nie ma kompletnie znaczenia. Tak jak los mrówki dla lasu jest obojętny, tak moja wartość istnienia jest tyle warta na ile sam ją wycenię. Potem mi świecili w oczy światełkami jakimiś, potarmosili, zasuszyli w ustach i uwolnili.
Spadanie było rewelacyjne. Czułem się niczym mała kuleczka świadomości, która z wielką prędkością zbliżała się do granic wymiarów by ją przeniknąć i upaść na płaskiej rzeczywistości trzeciego wymiaru, odbijając się kilka razy od krawędzi dziur i zagłębień. Czułem się niczym bila bilardowa wpadająca w dziurę w stole. I wiedziałem, że jak ocknę się świadomością w trzecim wymiarze to nic nie będę z tego pamiętał i rozumiał. I tyle na ile zapamiętałem ze zrozumieniem to zapisałem.
wysokich lotów - hej!
Chcę coś opisać... tylko nie do końca wiem co. I nie do końca wiem jak to nazwać co opiszę. A było to tak:
Stałem na lewo od Wiru,lekko go odczuwałem, ale nie zwracałem na Niego uwagi. W oddali dawało słyszeć się jakieś rozmowy w myślowym szepcie. Po chwili stały się zwykłym tłem otoczenia. Pomyślałem, że chyba zaczynam się przystosowywać... jak wtem coś mnie pierdzielnęło w potylice! Ogromna fala Energii przeszła przez tył mojej głowy, wypełniając cały umysł oślepiająco jasnym światłem i piskiem w uszach a następnie wybiła mi oczami i uszami na zewnątrz. Zwaliło mnie to z nóg. Ostatkiem sił zdążyłem rzucić się bezwładnie na łózko. Wszystko w koło ucichło, zapanowała niesamowita cisza, a ciało zaczęło rozpływać się w nicości. Ciężko będzie w to większości uwierzyć, ale LATAŁEM!!! Mogę stanąć na dachu największego wieżowca i dumnie krzyczeć "ludzie, ja latam". Oczywiście nie jak Ptaki, bo Ptaki nie latają w czwartym wymiarze, ale jak fala radiowa na wietrze - rozchodzę się całym sobą nad wszystko co otaczam i wtedy mnie unosi jakaś niewidzialna siła. A jakie niesamowite przeżycia... lot odrzutowcem w porównaniu to pikuś.
No i tak latałem nad naszą czasoprzestrzenią, podziwiając z góry jak kształtnie zwija się do środka czterowymiarowej spirali Fibonacziego pulsując przy tym niczym tętnica przeogromnego tyranozaura. Nigdy nie przypuszczałem, że mogę być aż tak malutki i nawet o tym nie wiedzieć. I w pewnym momencie poczułem jak coś mnie szarpnęło, zahaczyło i pociągnęło za sobą. Siła była niesamowita, cała przestrzeń mi zniknęła, światło zamieniło się w ciemność a ja wpadałem w głąb czarnej dziury jakiejś. Wystraszyłem się potwornie, bo nie wiedziałem co się dzieje. Dopiero po jakimś czasie okazało się, że porwali mnie kosmici. Pokazywali mi straszne rzeczy. Robili mi pranie mózgu twierdząc, że całe moje życie jest totalnie bez sensu. Na skalę absolutu to co robię, myślę i czuję nie ma kompletnie znaczenia. Tak jak los mrówki dla lasu jest obojętny, tak moja wartość istnienia jest tyle warta na ile sam ją wycenię. Potem mi świecili w oczy światełkami jakimiś, potarmosili, zasuszyli w ustach i uwolnili.
Spadanie było rewelacyjne. Czułem się niczym mała kuleczka świadomości, która z wielką prędkością zbliżała się do granic wymiarów by ją przeniknąć i upaść na płaskiej rzeczywistości trzeciego wymiaru, odbijając się kilka razy od krawędzi dziur i zagłębień. Czułem się niczym bila bilardowa wpadająca w dziurę w stole. I wiedziałem, że jak ocknę się świadomością w trzecim wymiarze to nic nie będę z tego pamiętał i rozumiał. I tyle na ile zapamiętałem ze zrozumieniem to zapisałem.
wysokich lotów - hej!
wtorek, 2 marca 2010
Czym jest ten cały czwarty wymiar?
Oczywiście nie wytrzymałbym, gdybym nie zadumał się nad tym parę chwil. Żeby rozwikłać to zagadnienie zapytałem sam siebie w myślach czy mnie już całkowicie popierdoliło?
A jakby inaczej... nawet czekać nie musiałem - od razu w głowie rozbrzmiała mi odpowiedz:
On: Nie
Po rozłożeniu całego zajścia na elementy pierwsze zrozumiałem, że czwarty wymiar ma swoje całkowicie odmienne zasady. Chyba na nic tutaj cała moja zdobyta wiedza się nada.
Muszę odezwać się chyba do kogoś, kogo ignorowałem całe życie. Ale będzie wstyd... Doszły mnie ostatnio słuchy, że jest pewien Ktoś, kto pomaga każdemu tracącemu orientację lub ostrość widzenia. Chryste Go zwą. Na imię ma Jezu. On wie jak poprowadzić każdego. Wiec odezwałem się do Niego:
Ja: Jezu... jesteś tam?
On: Nooo jestem - rzekł raczej znudzony
Ja: Powiedz mi co robić?
On: Zobacz na zegarek... jest czwarta w nocy. Idź spać człowieku...
Jak powiedział, tak też uczyniłem. Położyłem się do łóżka, ledwo co zamknąłem oczy i usłyszałem:
On: No to co tam chciałeś?
Ja: Nie kumam o co chodzi. Raz jestem tu, raz jestem tam. Raz coś ma sens, potem go nie ma. I boję się, że coś źle zrozumiałem i jestem w tym wszystkim sam, wiec nikt mi nie wytłumaczy ani nie pomoże.
On: Nie łam się. Zawsze możesz na mnie liczyć.
Ja: A co możesz dla mnie zrobić?
On: No wszystko.
Ja: Na przykład co?
On: Jak będziesz upadał to wesprę cię na duchu.
Ja: A jak nie złapiesz?
On: To podam ci pomocną dłoń.
Ja: taa... ciekawe jak, jak moje ciało jest w trzecim wymiarze a ty w czwartym...
On: Wstąpię w jakieś inne ciało i podam ci dłoń poprzez Niego.
Ja: Ta... już tyle razy upadłem i nigdy cie nie było
On: Oj zdaje ci się. więcej razy mnie oplułeś niż podziękowałeś
Sobie pomyślałem: hmm... no może i ma racje...
On: No mam... To powiedz - jaki masz problem, co? Czemu jeszcze nie śpisz?
Ja: Nie rozumiem co to jest ten czwarty wymiar.
On: No bo nie masz do tego odpowiednich zmysłów postrzegania. Dopiero ci się wykształcają. Pełnego rozwoju ewolucyjnego przy obecnym tempie rozwoju człowieka doznają za około miliard lat. Wtedy będzie można widzieć czwarty wymiar.
Ja: A co się wykształca?
On: Następuje sprzężenie duszy ze świadomością.
Ja: Taaaa.
On: No taaaa.
Ja: I co to niby znaczy?
On: No znaczy to tyle co sprzężenie duszy ze świadomością.
W tym momencie Duszę poczułem wypełniającą pulsacyjnie energią moje serce, a Świadomość zaszumiała mi w umyśle
Ja: I to tak na stałe zostanie?
On: Na stałe. Tak jak twój mózg składa się z dwóch półkul, które kiedyś zostały złączone, by widzieć trzeci wymiar, tak teraz dusza i świadomość będą się łączyć, by widzieć czwarty wymiar. Logiczne, nie?
Ja: No logiczne niby... A to jak ten czwarty wymiar wygląda? jakoś w rzucie można go przedstawić? jak na przykład sześcian na kartce?
On: Punkt - to wymiar zero. Tam się wszystko zaczyna. Rozciągasz Punkt w nieskończoność i masz Linię - pierwszy wymiar. Zawijasz linie w pętelkę i masz Powierzchnię - drugi wymiar. Zawijasz Powierzchnie w pętelkę i masz Przestrzeń - trzeci wymiar. Zawijasz Przestrzeń w pętelkę - i masz czwarty wymiar, a nazwę wymyśl sobie sam.
Ja: Jest piąty wymiar?
On: Nie interesuj się. Skup się lepiej na trzecim wymiarze i naucz się w nim poruszać. Bo póki co to łazisz na oślep i się ciągle potykasz.
I weź tu gadaj z mądrzejszym od siebie, który wie lepiej i zawsze ma racje... A przez całe życie udawałem, że Go nie słyszę. Ja pierdole jaka ta religia jest pojebana...
Oczywiście nie wytrzymałbym, gdybym nie zadumał się nad tym parę chwil. Żeby rozwikłać to zagadnienie zapytałem sam siebie w myślach czy mnie już całkowicie popierdoliło?
A jakby inaczej... nawet czekać nie musiałem - od razu w głowie rozbrzmiała mi odpowiedz:
On: Nie
Po rozłożeniu całego zajścia na elementy pierwsze zrozumiałem, że czwarty wymiar ma swoje całkowicie odmienne zasady. Chyba na nic tutaj cała moja zdobyta wiedza się nada.
Muszę odezwać się chyba do kogoś, kogo ignorowałem całe życie. Ale będzie wstyd... Doszły mnie ostatnio słuchy, że jest pewien Ktoś, kto pomaga każdemu tracącemu orientację lub ostrość widzenia. Chryste Go zwą. Na imię ma Jezu. On wie jak poprowadzić każdego. Wiec odezwałem się do Niego:
Ja: Jezu... jesteś tam?
On: Nooo jestem - rzekł raczej znudzony
Ja: Powiedz mi co robić?
On: Zobacz na zegarek... jest czwarta w nocy. Idź spać człowieku...
Jak powiedział, tak też uczyniłem. Położyłem się do łóżka, ledwo co zamknąłem oczy i usłyszałem:
On: No to co tam chciałeś?
Ja: Nie kumam o co chodzi. Raz jestem tu, raz jestem tam. Raz coś ma sens, potem go nie ma. I boję się, że coś źle zrozumiałem i jestem w tym wszystkim sam, wiec nikt mi nie wytłumaczy ani nie pomoże.
On: Nie łam się. Zawsze możesz na mnie liczyć.
Ja: A co możesz dla mnie zrobić?
On: No wszystko.
Ja: Na przykład co?
On: Jak będziesz upadał to wesprę cię na duchu.
Ja: A jak nie złapiesz?
On: To podam ci pomocną dłoń.
Ja: taa... ciekawe jak, jak moje ciało jest w trzecim wymiarze a ty w czwartym...
On: Wstąpię w jakieś inne ciało i podam ci dłoń poprzez Niego.
Ja: Ta... już tyle razy upadłem i nigdy cie nie było
On: Oj zdaje ci się. więcej razy mnie oplułeś niż podziękowałeś
Sobie pomyślałem: hmm... no może i ma racje...
On: No mam... To powiedz - jaki masz problem, co? Czemu jeszcze nie śpisz?
Ja: Nie rozumiem co to jest ten czwarty wymiar.
On: No bo nie masz do tego odpowiednich zmysłów postrzegania. Dopiero ci się wykształcają. Pełnego rozwoju ewolucyjnego przy obecnym tempie rozwoju człowieka doznają za około miliard lat. Wtedy będzie można widzieć czwarty wymiar.
Ja: A co się wykształca?
On: Następuje sprzężenie duszy ze świadomością.
Ja: Taaaa.
On: No taaaa.
Ja: I co to niby znaczy?
On: No znaczy to tyle co sprzężenie duszy ze świadomością.
W tym momencie Duszę poczułem wypełniającą pulsacyjnie energią moje serce, a Świadomość zaszumiała mi w umyśle
Ja: I to tak na stałe zostanie?
On: Na stałe. Tak jak twój mózg składa się z dwóch półkul, które kiedyś zostały złączone, by widzieć trzeci wymiar, tak teraz dusza i świadomość będą się łączyć, by widzieć czwarty wymiar. Logiczne, nie?
Ja: No logiczne niby... A to jak ten czwarty wymiar wygląda? jakoś w rzucie można go przedstawić? jak na przykład sześcian na kartce?
On: Punkt - to wymiar zero. Tam się wszystko zaczyna. Rozciągasz Punkt w nieskończoność i masz Linię - pierwszy wymiar. Zawijasz linie w pętelkę i masz Powierzchnię - drugi wymiar. Zawijasz Powierzchnie w pętelkę i masz Przestrzeń - trzeci wymiar. Zawijasz Przestrzeń w pętelkę - i masz czwarty wymiar, a nazwę wymyśl sobie sam.
Ja: Jest piąty wymiar?
On: Nie interesuj się. Skup się lepiej na trzecim wymiarze i naucz się w nim poruszać. Bo póki co to łazisz na oślep i się ciągle potykasz.
I weź tu gadaj z mądrzejszym od siebie, który wie lepiej i zawsze ma racje... A przez całe życie udawałem, że Go nie słyszę. Ja pierdole jaka ta religia jest pojebana...
Od Wiru można dostać kręćka
Stojąc, albo wisząc w pewnej odległości od Wiru, tak sobie analizowałem o co w tym wszystkim chodzi. Skąd u mnie te wszystkie myśli? Skąd mam tak wiele w sobie niedocenionej mądrości? Co to za Wir do cholery i skąd on się tu wziął? No i najważniejsze pytanie - gdzie ja u licha jestem?
Na pierwszy rzut myśli, każda odpowiedź nieuchronnie została wciągana w wir, nim zdążyła nabrać przekonania i słuszności. Dlatego też tajemnica Wiru pozostała bez odpowiedzi. Zrozumiałem, że ta wiedza nie jest do ogarnięcia przez mój mały rozumek w kształcie orzeszka, który dopiero uczy się wielowymiarowości, tak więc odpuściłem sobie Wir uznając go za dziwne miejsce.
Następnie zaciekawiło mnie następujące spostrzeżenie. Jeśli pójdę do sklepu to będę w sklepie, jeśli pójdę nad jezioro to będę nad jeziorem - gdziekolwiek nie pójdę to tam będę. To gdzie ja jestem teraz, skoro moje ciało zostało w pokoju a ja widzę przestrzeń dookoła? To wszystko jest w mojej głowie, czy się gdzieś przeniosłem?
Wtedy Ktoś podleciał do mnie i pyta:
On: To ty nie wiesz gdzie jesteś?
Ja: No tak trochę nie bardzo - odpowiedziałem z nieśmiałością
On: Ej no koleżko, nie ładnie... jak to tak? toć to czwarty wymiar
Ja: Aaa... czwarty - powtórzyłem tak by zabrzmieć jak bym się zgubił.
Następnie sobie pomyślałem: jak to u licha czwarty? o co chodzi?
On: No czwarty
Ja: Umiesz czytać w moich myślach? - z pewną dozą nieśmiałości zapytałem w myślach siebie samego
On: A no umiem - odparłem sam sobie w myślach obcym tonem
Ja: Ja pierdole... więcej nie pale - pomyślałem sobie
On: Pal, pal... inaczej przecież byś się tu nie dostał
Po chwili namysłu i głębokiej zadumy patrząc z oddali na wir zapytałem ze zdziwieniem:
Ja: Jak to czwarty?
On: No byłeś w trzecim, wleciałeś w czwarty - to czwarty, nie?
Ja: Jak wleciałem, czym wleciałem?
On: No sobą
Ja: Sobą?
On: No sobą
Ja: Jak sobą, jak ja jestem gdzie indziej i śpię?
On: A to kim ty jesteś?
Ja: No jak to kim? Człowiekiem chyba, nie? - odpowiedziałem ironicznie
On: To wy jeszcze żyjecie? o matko... to nic dziwnego, że nie rozumiesz - wzgardził mną i odleciał sobie
Sobie pomyślałem - oho.. zajebiście się zaczyna...
Stojąc, albo wisząc w pewnej odległości od Wiru, tak sobie analizowałem o co w tym wszystkim chodzi. Skąd u mnie te wszystkie myśli? Skąd mam tak wiele w sobie niedocenionej mądrości? Co to za Wir do cholery i skąd on się tu wziął? No i najważniejsze pytanie - gdzie ja u licha jestem?
Na pierwszy rzut myśli, każda odpowiedź nieuchronnie została wciągana w wir, nim zdążyła nabrać przekonania i słuszności. Dlatego też tajemnica Wiru pozostała bez odpowiedzi. Zrozumiałem, że ta wiedza nie jest do ogarnięcia przez mój mały rozumek w kształcie orzeszka, który dopiero uczy się wielowymiarowości, tak więc odpuściłem sobie Wir uznając go za dziwne miejsce.
Następnie zaciekawiło mnie następujące spostrzeżenie. Jeśli pójdę do sklepu to będę w sklepie, jeśli pójdę nad jezioro to będę nad jeziorem - gdziekolwiek nie pójdę to tam będę. To gdzie ja jestem teraz, skoro moje ciało zostało w pokoju a ja widzę przestrzeń dookoła? To wszystko jest w mojej głowie, czy się gdzieś przeniosłem?
Wtedy Ktoś podleciał do mnie i pyta:
On: To ty nie wiesz gdzie jesteś?
Ja: No tak trochę nie bardzo - odpowiedziałem z nieśmiałością
On: Ej no koleżko, nie ładnie... jak to tak? toć to czwarty wymiar
Ja: Aaa... czwarty - powtórzyłem tak by zabrzmieć jak bym się zgubił.
Następnie sobie pomyślałem: jak to u licha czwarty? o co chodzi?
On: No czwarty
Ja: Umiesz czytać w moich myślach? - z pewną dozą nieśmiałości zapytałem w myślach siebie samego
On: A no umiem - odparłem sam sobie w myślach obcym tonem
Ja: Ja pierdole... więcej nie pale - pomyślałem sobie
On: Pal, pal... inaczej przecież byś się tu nie dostał
Po chwili namysłu i głębokiej zadumy patrząc z oddali na wir zapytałem ze zdziwieniem:
Ja: Jak to czwarty?
On: No byłeś w trzecim, wleciałeś w czwarty - to czwarty, nie?
Ja: Jak wleciałem, czym wleciałem?
On: No sobą
Ja: Sobą?
On: No sobą
Ja: Jak sobą, jak ja jestem gdzie indziej i śpię?
On: A to kim ty jesteś?
Ja: No jak to kim? Człowiekiem chyba, nie? - odpowiedziałem ironicznie
On: To wy jeszcze żyjecie? o matko... to nic dziwnego, że nie rozumiesz - wzgardził mną i odleciał sobie
Sobie pomyślałem - oho.. zajebiście się zaczyna...
poniedziałek, 1 marca 2010
Jak najłatwiej doznać szoku.
Mam dziwne zajęcie - maluje deski. Nie ma w tym nic rewelacyjnego, ale jako że trzeba coś robić w życiu, to ja robię to - maluję deski. Stojąc tak sobie z tą deską w ręku jednym, a z pędzlem w ręku drugim, naszła mnie taka myśl:
"ja pierdole! wszechświat jest taaaki ogromny, a ja taaaki malutki, więc jaki jest sens w malowaniu tych desek?"
No i się zadumałem. Każdy człowiek na ziemi który twierdzi, że robi coś sensownego i znaczącego jest w wielkim błędzie. Jemu tylko tak się wydaje, że to co robi ma sens. Musi mieć sens. I ma taki, jaki sam sobie wymyśli. Prawdę mówiąc można sobie wymyślić wszystko... ale nikt tego nie wie - to jest owiane tajemnicą. Ale do czasu... do czasu...
Po tej zadumie zorientowałem się, że deski są pomalowane, więc mogłem udać się na zasłużony spoczynek. Spocząłem gdzieś bardzo wysoko nad Ziemią. Niemalże na pograniczu dwóch światów splatając rzeczywistość z wyobraźnią. Jedynie miejsce na Ziemi gdzie głupota ludzka nie dotarła. Jedyne miejsce na Ziemi, w którym mogę poczuć się wolny.
A jak można doznać największego szoku w życiu? Gdy zgłębiając tajemnicę życia odkryjesz prawdę, że Twoje życie nic nie znaczy. A to znaczy, że to co myślisz też nie ma większego znaczenia. To po co myśleć o tym, o czym nie chce się myśleć? A tym bardziej robić to, czego nie chce się robić? Bez sensu... Bez sensu doznać szoku odkrywając bezsens życia. Ja w tym całym ogromnym wszechświecie jestem niczym mrówka w lesie. Las będzie trwał bez mrówki, wszechświat beze mnie... Bez sensu
Mam dziwne zajęcie - maluje deski. Nie ma w tym nic rewelacyjnego, ale jako że trzeba coś robić w życiu, to ja robię to - maluję deski. Stojąc tak sobie z tą deską w ręku jednym, a z pędzlem w ręku drugim, naszła mnie taka myśl:
"ja pierdole! wszechświat jest taaaki ogromny, a ja taaaki malutki, więc jaki jest sens w malowaniu tych desek?"
No i się zadumałem. Każdy człowiek na ziemi który twierdzi, że robi coś sensownego i znaczącego jest w wielkim błędzie. Jemu tylko tak się wydaje, że to co robi ma sens. Musi mieć sens. I ma taki, jaki sam sobie wymyśli. Prawdę mówiąc można sobie wymyślić wszystko... ale nikt tego nie wie - to jest owiane tajemnicą. Ale do czasu... do czasu...
Po tej zadumie zorientowałem się, że deski są pomalowane, więc mogłem udać się na zasłużony spoczynek. Spocząłem gdzieś bardzo wysoko nad Ziemią. Niemalże na pograniczu dwóch światów splatając rzeczywistość z wyobraźnią. Jedynie miejsce na Ziemi gdzie głupota ludzka nie dotarła. Jedyne miejsce na Ziemi, w którym mogę poczuć się wolny.
A jak można doznać największego szoku w życiu? Gdy zgłębiając tajemnicę życia odkryjesz prawdę, że Twoje życie nic nie znaczy. A to znaczy, że to co myślisz też nie ma większego znaczenia. To po co myśleć o tym, o czym nie chce się myśleć? A tym bardziej robić to, czego nie chce się robić? Bez sensu... Bez sensu doznać szoku odkrywając bezsens życia. Ja w tym całym ogromnym wszechświecie jestem niczym mrówka w lesie. Las będzie trwał bez mrówki, wszechświat beze mnie... Bez sensu
Jestem Kml XXL. Co to znaczy - nikt nie wie. Pochodzę z Teraźniejszości i mieszkam Tu. Wyznaje zasadę tak zwanego Tu i Teraz. Z całym sercem na ręku mówię wam szczerze, że nie ma w tym nic strasznego. Nie ma co się bać by porzucić strach i lęk, obawy przed przyszłością i cierpienia z przeszłości. Na prawdę warto. Polecam
Kml XXL
Kml XXL
Subskrybuj:
Posty (Atom)